najpierw jest zachwyt podmuch białego wiatru
lekkie unoszenie się dotkliwe upadanie
pierwsze umieranie po zagaśnięciu tych dni
i zmartwychwstanie w odzyskanych objęciach

później sinusoida rozwlekła i chwiejna
czasami żar czasami płomień jak drzewo
które skapuje w przestrzeń przez sitowie chmur

cos się tli i coś się właśnie roznieca
nie ma pewnego jest tylko ciągłe próbowanie
łapczywe chwytanie oddechu i też głos
rozbity o pustkę jak zawiedziona szklanka
uderzająca nagle o zatrzaśnięte drzwi

i kiedy tęsknimy najmocniej i kiedy chcemy znowu
wejść do tamtego pokoju z którego nakazano nam wyjść
pokornie przestępujemy niewidzialny próg

ty tego jeszcze nie rozumiesz spoglądasz ufnie i chowasz się
w swojej zapalniczce jak kot któremu ktoś przytrzasnął ogon

jeszcze możesz być piórkiem być kokardką na białym wietrze
ale ja muszę powoli zamykać za sobą wszystkie przestrzenie nawet
te nie dokończone i tamte napoczęte

jest czas więdnięcia i czas wzrastania a także to co po mimo nich
więc nie śpiesz się tylko powoli faluj i szybuj jak najdalej w ten eter
bez granic i nakazów którego nie mamy na własność i to jest piękne