światło przesypuje się szczyptami jasnego proszku osiada na skałach
białych od pulsowania chmur kamienie się żarzą jakby je położono
na kowadle wulkanu a dookoła ptaki jak skrawki zwęglonego papirusu
ich pióra świstem strzał zakreślone namalowane czernią grotów
trzysta ciał wciśniętych w skalistą niepewność i ściany lepkie od jęków
ściekających czerwonawą żywicą po piachu i tarczach dalej zatoka drży jak cięciwa
wypuszczona z palców a woda się kurczy jak przecięta źrenica czy też nerw wyrwany z ciepła skręcający się niczym schwytany węgorz kiedy kurz jak powieki opadnie a wszędzie
będzie słychać tylko kroki odchodzących zwycięzców pozostaną pancerze jak muszle otwarte
i hełmy wypełnione gruzem
tu bieleje spartańskie poświęcenie i wierność prawom próchnieje w dole a gdzie indziej śpiew
rzymskich żołnierzy szeleści w popiele prawdziwe zwycięstwo to nieznane sobie dłonie
łączące się nagle w tańcu albo modlitwie
