Sometime such cloudy day was. Then, I have screened windows blue net curtains. Then, I thought of my moribund friend. He dies of cancer of pancreas. But I can make I nothing.I drink up last coffee.I look on display of phone.This number will be long inaccessible not. I can not hear his voice not long.
He will be beyond my sometimes and area.Here I will be but elsewhere he will be completely.Death is from all necessity most closer.It scares and also it intensifies.
www.verslibre.xt.pl
www.elizakrawczuk.pl
www.elisek.digart.pl
www.siedlce.pl
www.echo.siedlce.net
http://www.tomekmarkiewicz.pl/
http://www.lublin.pl/
http://www.wu.art.pl/
Last comments
No comment yet...
Calendar
| Mo | Tu | We | Th | Fr | Sa | Su |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 |
Search
story
Book and night.
I read book about Poland and world. It small country,small village.Here different places are, curious and look in which better.Everything would be other if dilinquency not, joblessness and laziness of government.But for this this conservatism and censure.But I do not want to write about politics.This book shows that obliged make but that not.Family reckons only and work. I put on development
and on career.I must take advantage all chances.I want to break away from this place.I dream about New York.I am other type of Pole and man too.I launder,clear and repair things in house.I known on kind bras. I known on cosmetics and center intimate sanitation.So, I can help my woman during period even.I be able to help her with each situation. Now famous song remember me-Eye of the Tiger.Michalczewski And Dempsey, they have appointed way towards fineness.They have showed that life is as boulder. It is possible to blast him if it is known as and where impact. It is possible to win with fate.Fate it our weakness.
A book of Max Kolonko
Next part and photos.Next themes and histories.It is not possible to be broken away.It is possible to read and read.I discover America along with author, scrap after scrap.It as feed of great paste.I can travel without seat in car and without incinerating many many liter of fuel.It it not just. I will not eat eggs in house on bacon, on great breast of cashier looking. I will not talk with soldier for I from newest weapon aiming.I will not see hawk over red up above. But if each citizen of America, it knows saw it and? There is with America as with beautiful woman, it is possible to tour her whole life and never learn to the end.There is with america as with beautiful woman, it is possible to tour her whole life and never learn to the end.I have a dream. I want to buy old Harley and tour Great Canyon.On my motor, I can tour holes in polish ways that only.That will not spoil on this asphalt, it is suitable for touring siberia. As from eastern Poland furthest.So, here I like risk stay temporarily.But small village dreams on end of America me. Where tourists only, journalists and newcomers run from other planet on hot-dog number 5.House with trimmed grass matting and porch. It pleases me.Now I go on about all loose conversation and about nothing(small talk).Sweet dreams great and wonderful-America.God Bless America!
36B
Table, mug, coffee, arm-chair, she, book
Are drowned enlightened
Pen, fingers, mouths,bra, hand, neck
It becomes beads enlightened
Flaps, thigh, small lips, stomach, t-shirt, hair
There is smoke enlightened
Plate, touch, sight, nose, lipstick, conversation
Hard becomes enlightened
Salience, palm, warm, stirring, rubbing, pleasure
There is spot from body of candle enlightened
Wet, tiring, heat, bed, breath, pillow
Does not have enlightened
Ash is
75DD wolny czas
stół kubek kawa
fotel ona książka
światło się topi
długopis palce usta
miseczka obojczyk szyja
światło skrapla się
klapek udo małe wargi
pępek halka włosy
światło ulatnia się
okładka dotyk wzrok
nos szminka droczenie
światło zastyga
wypukłość dłoń ciepło
drgnięcie pocieranie rozkosz
światło jest woskową plamą
orgazm wilgoć zmęczenie
upał łóżko oddech poduszka
światła nie ma jest popiół
75DD jej dzień
budzi się w białej koszulce atłasowej z wyhaftowanym
niebieskim kwiatem i różowymi liśćmi dotyka snu
przez błonę powietrza szeptem mówi do jawy
łaskocze świt kosmykiem i wątłym ramiączkiem
później cała ta obrzędowość jak misterium
parzenie kawy obmywanie ciała z lepkiego śnienia
nakładanie koronkowego stanika to istna prefacja
zapowiadająca komunię czyli wkładanie stringów
dalej cała reszta spodnie jako pieśń na wyjście
a dalej już tylko monotonne powielanie
mówienia i słuchania te same czynności
ewentualnie przerwa na zmianę tamponu
albo herbatę z koleżanką o piersiach jak
grudy ziemi i ustach niczym kokon motyla
kiedy wraca jest zmęczona i to nie dziwi
zachwyca jej lewa brodawka wystająca
spod koronki i nogi jak baobab oplatające
pień wyciskające soki a później zasypia
jej życie jednak nie jest takie łagodne
jakby się mogło przypuszczać
75DD i rzeczy nienazwane
rozpinasz bluzkę taką niebieską
jak zsiadłe chmury w filiżance
i rozczesujesz włosy jasne
niczym sfermentowane światło
w glinianym kubku przytulonym
do pozornego okna
kiedy już siedzisz prawie naga
w koronkowym staniku i ręczniku
na biodrach
nagle twoja dłoń chwyciła coś
i zamilkła znienacka jakby
ugryziona przez prąd alko osę
bo są takie rzeczy nienazwane
starannie poukładane w przestrzeni
tej na pozór niedotykalnej i bez smaku
a nasze zmysły je omijają przeczuwając
kształty niewypowiedziane żadnym głosem
lecz kiedyś tak niespecjalnie za sprawą
wahania albo myśli zawieszonej nad podłogą
odkrywamy jakąś rzecz jak gdyby była zasłonięta
wcześniej niewidzialną zasłoną
są właśnie takie rzeczy nienazwane
bez miejsca wyszeptanego w naszym
błądzeniu
i nie zawsze to co okiem nadgryzione
jest samo ponieważ są i tamte do muśnięcia
już przygotowane jakby czekające na to
może i właśnie te na pozór niezauważalne
są cenniejsze od tych które spojrzeniem
naznaczone
i może w nich jak w skrzyniach
zamknięte długo wypatrywane
śpią odpowiedzi
przecież gdzieś musi być
przechowywane to co
tak usilnie nazywamy
prawdą
75 DD albo czas więdnięcia, czas wzrastania
najpierw jest zachwyt podmuch białego wiatru
lekkie unoszenie się dotkliwe upadanie
pierwsze umieranie po zagaśnięciu tych dni
i zmartwychwstanie w odzyskanych objęciach
później sinusoida rozwlekła i chwiejna
czasami żar czasami płomień jak drzewo
które skapuje w przestrzeń przez sitowie chmur
cos się tli i coś się właśnie roznieca
nie ma pewnego jest tylko ciągłe próbowanie
łapczywe chwytanie oddechu i też głos
rozbity o pustkę jak zawiedziona szklanka
uderzająca nagle o zatrzaśnięte drzwi
i kiedy tęsknimy najmocniej i kiedy chcemy znowu
wejść do tamtego pokoju z którego nakazano nam wyjść
pokornie przestępujemy niewidzialny próg
ty tego jeszcze nie rozumiesz spoglądasz ufnie i chowasz się
w swojej zapalniczce jak kot któremu ktoś przytrzasnął ogon
jeszcze możesz być piórkiem być kokardką na białym wietrze
ale ja muszę powoli zamykać za sobą wszystkie przestrzenie nawet
te nie dokończone i tamte napoczęte
jest czas więdnięcia i czas wzrastania a także to co po mimo nich
więc nie śpiesz się tylko powoli faluj i szybuj jak najdalej w ten eter
bez granic i nakazów którego nie mamy na własność i to jest piękne
Hegeso
córka Proksenosa
oczekuje na ostatnie
drgnięcie światła
w ciemniejącym
oku
jest już gotowa
by wsiąść do
łodzi i wpatrywać się
w nieruchome wiosła
zawodzenie fal
przepływające
niebieskawą
smugą
poprawia szaty
by płonąc
falowały
jak teraz
kiedy zmierzch
łagodnie
zamyka pejzaż
w ziarnku
ocierającym się
o sandał
prosi służącą
by przyniosła
szkatułę
z klejnotami
podarkami
od czuwającego
męża
on głaszcze łzy
uspokaja je
i przymrużone
kaganki
które czują
jak w ich
woskowych
ciałach
piętrzy się
ciemnym
promieniem
lęk
Powrót hoplity spod Ilionu
kiedy kurz przysiadł
na uciszonych ustach
tych co zostali
i kiedy nie było
murów które
nie pachniałyby
zakrzepłym ogniem
krzykiem
przebitym ostrzami
właśnie wtedy
spojrzałem na
połamane rydwany
poszarpane płaszcze
strach koni spływający
po kamieniach
miałem tylko jedne oko
drugie zostało na włóczni
pozostawiłem też tarczę
nie będzie mi potrzebna
wracam do siebie
nie szukałem medyków
dobiliby mnie
a ja nie chcę odejść
do wiekuistej mgły
ciemnych wód
ognistych pomieszczeń
wypełnionych łkaniem
zawodzeniem poległych
patrzę teraz na
usychające słońce
źdźbło wpięte w biel
czuję przyjacielski
dotyk akwilonu
więc jestem blisko
choć kiedy wyruszałem
żegnałem się tak jakbym
już miał nie powrócić
a jednak ocalałem
dn. 05.04.2007
